Unijne gigafabryki AI z bezpiecznikiem. Bruksela i Warszawa wypracowały kompromis
Europa nie chce przespać bitwy o moc obliczeniową, ale nie zamierza też oddać kluczy do swojego cyfrowego skarbca amerykańskim gigantom. Po miesiącach dyplomatycznych przepychanek na linii Bruksela–Warszawa, wypracowano model, który ma pogodzić potrzebę miliardowych inwestycji z unijnym pojęciem suwerenności. Wiceminister cyfryzacji Dariusz Standerski ogłosił, że infrastruktura i dane pozostaną w Unii, choć w budowie potężnych serwerowni wezmą udział gracze spoza Wspólnoty.
To starcie o dużą stawkę. Rozstrzyga się właśnie, czy Europa zbuduje autonomiczne fundamenty pod sztuczną inteligencję, czy całkowicie uzależni się od technologii z Doliny Krzemowej. Dla Polski to sprawa priorytetowa – projekt Baltic AI GigaFactory, wart 3 mld euro, ma być jedną z pierwszych takich inwestycji w regionie. Gra toczy się o dostęp do zasobów, które w 2026 roku mają zasilać nie tylko administrację, ale i strategiczne sektory gospodarki.
Przetargowy spór i nowe reguły gry
Konflikt wybuchł w grudniu 2025 roku, gdy Komisja Europejska nagle porzuciła model współpracy naukowej na rzecz otwartego przetargu. Wywołało to furię w Warszawie, Paryżu i Berlinie. Państwa członkowskie bały się, że bez odpowiednich zabezpieczeń gigantyczne kontrakty zgarną firmy Big Tech, spychając europejskie firmy na margines. „W przetargu na gigafabryki AI prawdopodobnie będą mogły brać udział konsorcja składające się z europejskich firm jako głównych podmiotów oraz z firm spoza Unii” – wyjaśniał Dariusz Standerski w rozmowie z Bankier.pl. Ostatecznie stanęło na tym, że firmy spoza UE wejdą do gry tylko jako partnerzy, a nie liderzy projektów.
Suwerenność danych jako warunek konieczny
Bruksela postawiła twardy warunek: procesy obliczeniowe muszą odbywać się tutaj. Nie ma mowy o wysyłaniu pakietów danych na serwery w Virginii czy Hyderabadzie. Standerski podkreśla, że „przetwarzanie danych i infrastruktura w ramach gigafabryk mają znajdować się na terenie Wspólnoty”. Ma to zapobiec wyciekom wrażliwych informacji poza granice Unii. Szacuje się, że finalnie powstanie od 7 do 8 takich obiektów. Polska, ramię w ramię z Czechami i Litwą, kontynuuje prace nad bałtycką gigafabryką, mimo że ze współpracy wycofały się wcześniej Estonia oraz Łotwa.
Inwestycja w przyszłe zasoby
Finansowanie tego przedsięwzięcia przypomina system rezerwacji loży w ekskluzywnym klubie. Państwa kupują udziały, by później mieć pierwszeństwo w dostępie do krzemowych mózgów. „Oznacza to, że im więcej dany kraj zainwestuje, tym większy dostęp do zasobów otrzyma po wybudowaniu gigafabryki” – mówi Standerski. Skala jest ogromna: Komisja Europejska i Europejski Bank Inwestycyjny zapowiedziały mobilizację nawet 20 mld euro na budowę centrów danych AI do 2026 roku.
Precyzyjne uderzenie zamiast masowego wsparcia
Gigafabryki to nie są darmowe serwery dla każdego, kto chce wygenerować obrazek z kotem. To instalacje o charakterze celowym. Ich moc ma trafiać tam, gdzie liczy się bezpieczeństwo państwa:
- do zaawansowanych systemów wojskowych i obronnych,
- do optymalizacji łańcuchów dostaw w krytycznych branżach,
- do budowy asystentów AI w administracji publicznej.
Resort cyfryzacji nie chce wyręczać rynku. Liczy raczej na efekt kuli śnieżnej – gigafabryki mają pokazać prywatnemu biznesowi, że budowa własnych centrów obliczeniowych w Polsce i Europie po prostu się opłaca.
