Polityka

Zwycięstwo technologicznych jastrzębi: Donald Trump wycofuje dekret o sztucznej inteligencji

Lista gości była gotowa, prezesi największych korporacji technologicznych spakowani, a media czekały na komunikat z Białego Domu. Do uroczystej ceremonii jednak nie doszło. Prezydent Donald Trump w ostatniej chwili wyrzucił projekt dekretu wykonawczego o bezpieczeństwie AI do kosza. Uległ argumentacji liderów branży, którzy w bezpośrednich rozmowach przekonali go, że nawet symboliczna kontrola może oddać pola Chinom.

To kluczowy moment dla przyszłości technologii w Stanach Zjednoczonych. Decyzja ta oznacza odejście od federalnych ram nadzoru na rzecz prymatu rynkowej dominacji. O tym, jak będą wyglądać standardy bezpieczeństwa AI, mogą teraz decydować nie państwowe instytucje, ale prywatne ustalenia z prezydentem. To wyraźny sygnał, że administracja stawia na centralizację władzy nad technologią, by uniknąć legislacyjnego chaosu i tzw. „patchworku regulacyjnego” tworzonego przez poszczególne stany.

Oficjalne stanowisko administracji jest proste: priorytetem pozostaje amerykańska dominacja. „Od dziś USA będą prowadzić politykę, by za wszelką cenę dominować na świecie pod kątem sztucznej inteligencji” – zadeklarował Trump zgodnie z relacją PAP. Za tymi słowami kryje się intensywny lobbing. Według doniesień medialnych kluczowe znaczenie miały rozmowy telefoniczne, które z prezydentem przeprowadzili Elon Musk, Mark Zuckerberg oraz inwestor David Sacks.

Dobrowolność to wciąż za dużo

Fiasko planowanego dekretu uderza skalą, bo sam dokument nie był radykalnym ciosem w swobodę gigantów. Proponowane przepisy zakładały jedynie dobrowolny mechanizm współpracy. Deweloperzy AI mieli przekazywać swoje najbardziej zaawansowane modele do przeglądu pod kątem bezpieczeństwa na 90 dni przed ich publiczną premierą. Nie było mowy o licencjonowaniu czy obowiązkowych blokadach. Mimo to grupa „akceleracjonistów” uznała, że nawet tak miękkie regulacje staną się hamulcem wzrostu.

Donald Trump przyznał lakonicznie, że pominął podpisanie dokumentu, ponieważ nie podobały mu się jego aspekty. Wyraził obawę, że nadzór mógłby stać się „blokadą”. W tle pojawia się jednak inny wątek – prezydent podpisał niedawno pakiet rozporządzeń promujących „neutralność ideologiczną” w modelach AI kupowanych przez rząd federalny, co pokazuje, że kontrola mu nie przeszkadza, o ile dotyczy wartości, na których mu zależy.

Kontekst chiński i legislacyjny dryf

Podczas gdy USA rezygnują z tworzenia trwałych struktur nadzoru, Pekin działa z niemal matematyczną precyzją. Chiński parlament od trzech lat systematycznie buduje ustawodawstwo, a najnowsze wytyczne nakładają na firmy obowiązek powoływania wewnętrznych komisji etycznych. Chiny tworzą jasne zasady gry, podczas gdy Waszyngton wybiera legislacyjny dryf. Próby ujednolicenia standardów krajowych w USA, które miałyby zapobiec tworzeniu rozbieżnych przepisów na poziomie 50 różnych stanów, utknęły w martwym punkcie w Kongresie.

Czwartkowe wydarzenia obnażyły niespójność strategiczną. Z jednej strony Trump wstrzymuje ogólnokrajowe regulacje, z drugiej OpenAI ma rzekomo wsparcie dla swoich prób forsowania przepisów na poziomie federalnym, by uniknąć restrykcji lokalnych. Gra toczy się nie tylko o to, czy regulować sztuczną inteligencję, ale czyje reguły staną się obowiązującym standardem.

Prywatne veto w służbie innowacji?

Obecna sytuacja stawia pod znakiem zapytania obiektywność procesu decyzyjnego w Waszyngtonie. Elon Musk, budujący xAI jako konkurencję dla OpenAI i Anthropic, ma interes w tym, by pola bitwy nie ograniczały rządowe ramy. Podobnie Meta Zuckerberga, promująca model open-source, korzysta na braku barier wejściowych. Finał tej potyczki pokazuje, że faktyczne prawo weta wobec regulacji AI należy dziś do wąskiego grona magnatów technologicznych, którzy mają bezpośredni numer do prezydenta.