Inżynier na Kapitolu. Dlaczego Dolina Krzemowa boi się swojego byłego pracownika?
W amerykańskiej polityce technologicznej zarysowuje się bezprecedensowy paradoks. Człowiek, który doskonale rozumie mechanizmy działania Big Techu, bo sam je współtworzył, stał się celem numer jeden dla najpotężniejszych funduszy i liderów branży. Alex Bores, 35-letni nowojorski kongresmen stanowy z dyplomem z informatyki, rzucił wyzwanie status quo, a Dolina Krzemowa odpowiedziała milionami dolarów wpłacanych na konta komitetów typu super PAC, byle tylko zatrzymać jego awans do Waszyngtonu.
Od Palantiru do politycznego buntu
Kariera Boresa nie wpisuje się w tradycyjny schemat kariery politycznej. Zanim trafił do legislatury w Albany, pracował w Palantirze – firmie owianej aurą tajemniczości, specjalizującej się w analityce danych dla najpotężniejszych agencji rządowych. To tam Bores brał udział w operacji odzyskiwania miliardów dolarów od banków winnych kryzysu finansowego, ale to również tam zderzył się z granicą etyczną, której nie chciał przekroczyć. Gdy firma zdecydowała się odnowić kontrakt z agencją ICE (Immigration and Customs Enforcement) bez zabezpieczeń chroniących przed nadużyciami przy deportacjach, Bores po prostu odszedł.
„Zawsze uważałem, że technologia powinna służyć ludziom, a nie odwrotnie” – podkreśla Bores w rozmowach, tłumacząc swoją decyzję o przejściu „pod prąd”, czyli z sektora prywatnego do polityki. Jego wejście do legislatury Nowego Jorku w 2022 roku było przełomem: został pierwszym Demokratą z wykształceniem informatycznym na tym szczeblu. Dziś, kandydując do Kongresu w 12. okręgu Nowego Jorku, staje przed szansą zostania zaledwie drugim specjalistą od machine learningu w instytucji zdominowanej przez prawników.
RAISE Act: Ustawa, która zabolała gigantów
Głównym powodem, dla którego organizacje takie jak „Leading the Future” – wspierane przez Grega Brockmana z OpenAI czy fundusz Andreessen Horowitz – wydają fortunę na kampanię przeciwko Boresowi, jest jego skuteczność legislacyjna. Bores był współautorem ustawy RAISE Act, która nakłada na największych deweloperów AI (osiągających przychody powyżej 500 mln dolarów) obowiązek publikowania protokołów bezpieczeństwa i zgłaszania incydentów krytycznych.
Dla branży przyzwyczajonej do „samoregulacji” i braku nadzoru, podejście Boresa jest uznawane za niebezpieczny precedens. Krytycy twierdzą, że takie przepisy „spętają ręce” amerykańskim innowacjom w wyścigu z Chinami. Bores kwituje to krótko: to straszak. Zwraca uwagę, że Chiny regulują AI znacznie surowiej, a największe skoki jakościowe w rozwoju modeli językowych – jak uczenie ze wzmocnieniem na podstawie informacji zwrotnej od ludzi (RLHF) – wywodzą się właśnie ze środowisk badawczych zajmujących się bezpieczeństwem.
Walka o cyfrowe bezpieczeństwo narodowe
Wizja Boresa wykracza poza suche regulacje algorytmów. Jego program to kompleksowy plan naprawy cyfrowej tkanki społecznej: od ochrony prywatności danych przez walkę z deepfake’ami, aż po kwestie interoperacyjności mediów społecznościowych. Proponuje on m.in. Digital Choice Act, który pozwoliłby użytkownikom przenosić swoje dane między platformami, rozbijając monopole cyfrowych gigantów.
Co ciekawe, mimo brutalnych ataków ze strony branżowych lobbystów, Bores znajduje sojuszników w nieoczekiwanych miejscach. W kwestii regulacji AI potrafi porozumieć się z politykami z zupełnie innych stron barykady, jak Josh Hawley czy Marsha Blackburn. To pokazuje, że potrzeba ustanowienia „cyfrowych barierek” staje się kwestią ponadpartyjną, napędzaną przez autentyczny lęk wyborców o przyszłość rynku pracy i wychowanie dzieci w świecie zdominowanym przez algorytmy.
Skuteczność silniejsza niż lobby
Ataki finansowane przez super PAC-i, obejmujące agresywne mailery i SMS-y rozsyłane do wyborców (w tym do samego Boresa), wydają się mieć skutek odwrotny do zamierzonego. Kandydat przyznaje ze sporą dozą ironii, że lobbyści stali się jego „najlepszymi partnerami” w podnoszeniu rangi tematu bezpieczeństwa AI w debacie publicznej.
W wyścigu pełnym głośnych nazwisk i politycznych dynastii, Alex Bores stawia na merytorykę. Jego diagnoza jest jasna: Kongres nie może skutecznie regulować technologii, której nie rozumie. Pytanie brzmi, czy wyborcy zaryzykują i wyślą do Waszyngtonu inżyniera, który wie, jak „zepsuć” wygodny dla Big Techu układ, czy ulegną narracji o hamowaniu innowacji, za którą stoją miliony dolarów z Doliny Krzemowej.
