Wyszukiwarki

Google ukradł internet i wystawił za to rachunek na 62 miliardy dolarów

Google właśnie udowodniło, że cyfrowy kanibalizm to najbardziej dochodowy model biznesowy XXI wieku. Alphabet, spółka matka giganta, zamknęła pierwszy kwartał 2026 roku z zyskiem netto rzędu 62,57 miliarda dolarów. To wzrost o 81 procent w skali roku.

Podczas gdy Sundar Pichai z entuzjazmem opowiada inwestorom o tym, jak bardzo użytkownicy pokochali tryb AI, pod powierzchnią tych liczb dogorywa ekosystem, który Google przez dwie dekady budowało pod pretekstem partnerstwa.

Koniec ery kliknięć

Przez lata umowa była prosta: wy dostarczacie treści, my dajemy wam infrastrukturę do ich znalezienia. Ruch płynął w obie strony. Dziś Google jednostronnie wypowiedziało ten pakt. Wraz z masowym wdrożeniem AI Overviews, wyszukiwarka przestała być drogowskazem, a stała się celem samym w sobie.

Dane są bezlitosne. Wyszukiwania typu zero-click searches wzrosły do niemal 70 procent. Użytkownik nie musi już wchodzić na stronę redakcji, by poznać wynik testu aparatu czy przepis na szarlotkę – algorytm syntetyzuje te treści i wyświetla je jako własne. Dla wydawców to wyrok: liczba kliknięć w pierwszy organiczny wynik spadła o 79 procent tam, gdzie pojawia się moduł AI.

Lista strat, która budzi grozę

  • Digital Trends: spadek ruchu z Google o 97 procent.
  • Forbes i HuffPost: utrata połowy zasięgów wyszukiwarkowych.
  • Business Insider: zwolnienie 21 procent załogi po drastycznym odpływie czytelników.
  • Blog Stereogum: spadek przychodów reklamowych o 70 procent.

To nie jest ewolucja. To planowa eksterminacja pośredników.

Zarabianie na cudzym wysiłku

Google nie zatrudnia reporterów wojennych, nie opłaca kucharzy testujących przepisy, nie sponsoruje wielomiesięcznych śledztw dziennikarskich. Google nie produkuje niczego. Zamiast tego potężne modele LMM przeszukują sieć, by zassać wiedzę z serwisów, które na tę produkcję wydały realne pieniądze.

Następnie Google sprzedaje reklamy obok tych wygenerowanych odpowiedzi, inkasując miliardy.

W Polsce sytuacja jest lustrzanym odbiciem globalnego trendu, choć mówi się o tym z mniejszym natężeniem. Lokalne portale notują spadki zasięgów w Google Discover sięgające 90 procent. Redakcje tną koszty, zamykają działy SEO i przygotowują się na najgorsze, podczas gdy Alphabet inwestuje kolejne 200 miliardów dolarów w infrastrukturę przeznaczoną do jeszcze skuteczniejszej agregacji cudzej własności intelektualnej.

Algorytmiczna pętla się zaciska

Pichai twierdzi, że zapytania są na historycznie najwyższym poziomie. I ma rację. Google Search jako produkt ma się świetnie, ale to, co go karmiło – wolny, otwarty internet – właśnie umiera z głodu.

Prognozy wskazują, że w ciągu najbliższych trzech lat ruch z wyszukiwarek spadnie o kolejne 43 procent. Wydawcy, którzy przez lata optymalizowali swoje media pod dyktando Google, zostali z ręką w nocniku. Nie ma żadnego mechanizmu prawnego ani rynkowego, który zmusiłby monopolistę do uczciwego podziału łupów.

To kradzież w białych rękawiczkach, podana w estetyce nowoczesnego interfejsu AI. Jeśli treść jest królem, to Google właśnie ogłosiło się jego jedynym spadkobiercą, grzebiąc królestwo żywcem.