AI wchodzi do amerykańskiej kampanii frontowymi drzwiami. Wyborcy boją się jej bardziej niż polityków, którzy ją wspierają
„Cześć! Jestem Josh Shapiro. Byłem ostatnio bardzo zajęty” – mówi wygenerowany przez AI awatar demokratycznego gubernatora Pensylwanii, po czym wymienia długą listę skandali, których rzekomo się dopuścił. To spot jego przeciwników z końcówki kampanii. Lektor dodaje, że reklama powstała dzięki „wielkim pięknym centrom danych”. Według CNN takie reklamy nie są jeszcze normą. Pierwszy raz jednak technologia tak mocno odcisnęła się na wyborach połówkowych w USA.
Politolog i konsultant polityczny dr Daniel Schatz, który bada wpływ technologii na przekaz polityczny, ujmuje to tak: AI stała się zarówno tematem kampanii, jak i jej infrastrukturą. Liczby to potwierdzają. We wrześniowym badaniu dla CNN blisko dwie trzecie zarejestrowanych wyborców uznało rozwój AI i centrów danych za niezwykle lub bardzo ważny czynnik przy podejmowaniu decyzji o głosie.
Prąd, woda, grunty
Najgorzej wypadają same serwerownie. Sprzeciwia się ich budowie około dwóch trzecich badanych, a demokraci są o 26 punktów proc. bardziej skłonni niż republikanie deklarować duże zaniepokojenie. Według sondażu cytowanego przez CNBC w październiku 52 proc. Amerykanów chce wstrzymania rozwoju zaawansowanej AI do czasu uchwalenia przez Kongres przepisów bezpieczeństwa. Pójść naprzód, by nie oddać pola Chinom, woli 32 proc.
Schatz zwraca uwagę, że centra danych sprowadziły debatę o AI na poziom lokalny. Wyborcy pytają o ceny prądu, zużycie wody, grunty, miejsca pracy i o to, czy ich społeczności faktycznie na tych inwestycjach zyskują. Kandydat może więc pokazywać AI jako szansę na wzrost i konkurencyjność kraju albo jako potężną branżę, która korzysta z państwowego wsparcia, a koszty zrzuca na zwykłe gospodarstwa domowe. Już w sierpniu pisaliśmy, że wyborcy wolą rozmawiać o cenach prądu i centrach danych niż o algorytmach. Z kolei 1 listopada opisywaliśmy lokalne głosowania, w których mieszkańcy hamują ten boom. Według Reutersa chodzi o 41 propozycji w 38 jurysdykcjach, od ograniczeń po zakazy budowy.
Ciekawe jest to, że gniew nie przekłada się na prezydenta. Stephanie Grasmick z agencji marketingu politycznego Rising Tide Interactive, współpracującej z demokratami, mówi, że wyborcy nie łączą tej kwestii z Donaldem Trumpem, choć ten opowiada się za budową centrów danych. Według niej to raczej efekt szerszego niepokoju o moc AI, jej wpływ na gospodarkę, perspektywy zawodowe dzieci i środowisko. „Po prostu nie czują się z tym dobrze i dlatego jej nie chcą” – powiedziała.
Trump nie ukrywa swojego stanowiska. W sierpniu mówił, według AP, że na miejscu burmistrza czy gubernatora absolutnie chciałby takiej inwestycji, bo miejsca pracy i podatki są „ogromne”. Na wiecu w Ohio ostrzegał z kolei, że bez centrów danych inwestycje „pojadą do Chin”, o czym pisał Times Union.
Pieniądze po obu stronach
Branża AI nie tylko jest przedmiotem kampanii, lecz także ją finansuje. Z danych Federalnej Komisji Wyborczej wynika, że komitety skupione na AI wydały około 78,5 mln dolarów na kandydatów w wyborach federalnych. Największym sponsorem jest Elon Musk, właściciel m.in. xAI, który wydał około pół miliarda dolarów. Marc Andreessen, znany ze sprzeciwu wobec regulacji, przeznaczył wraz ze swoją firmą ponad 110 mln dolarów. Obaj sponsorzy wspierają wyłącznie Republikanów.
Grasmick przekonuje jednak, że branża łoży na kampanie obu partii, żeby mieć wpływy niezależnie od wyniku. W przypadku demokratów duża część pieniędzy trafiła do kandydatów już na etapie prawyborów, by wesprzeć umiarkowanych wobec bardziej progresywnych rywali. Jej zdaniem celem nie jest przesądzenie o wyniku, ale przewidzenie go i znalezienie się po zwycięskiej stronie. Branża woli też znanych polityków od nowicjuszy, bo ci drudzy „najpewniej ostro występują przeciwko centrom danych, bo tam są dziś wyborcy”. Stawka jest wysoka: przepisy o AI, które powstaną w ciągu pięciu lat, według Grasmick „wyznaczą kurs na następne 50 lat”.
Sam temat stał się też amunicją w reklamach. Analiza AdImpact, opisana przez NPR, wykazała ponad 45 mln dolarów wydanych od stycznia do sierpnia na spoty wspominające centra danych w wyścigach gubernatorskich, do Izby Reprezentantów i Senatu. Wydatki były niemal równe po obu stronach sceny politycznej. Według Axios i AdImpact w kampanii generalnej na niemal wyłącznie negatywne reklamy o centrach danych poszło 173 mln dolarów.
Czatboty zamiast spotów
Sama praca sztabów też się zmienia. Według Schatza AI przyspiesza badania, testowanie przekazu, zbiórki pieniędzy, kontakt z wyborcami i produkcję spersonalizowanych treści, ale „nie zastępuje politycznego osądu”. Największy zysk odniosą kampanie, w których człowiek zachowa kontrolę nad strategią, rzetelnością i tonem. Nieostrożne użycie może wzmacniać dezinformację, wywoływać kryzysy wizerunkowe i pogłębiać nieufność wobec polityki.
Grasmick twierdzi, że w jej branży AI nie służy jeszcze szeroko do tworzenia reklam, a większość twórców trzyma się od niej z daleka. Większy wpływ ma co innego: wyborcy coraz częściej pytają czatboty o stanowiska kandydatów i stanowe referenda, często dotyczące zawiłych kwestii bez wyraźnych sygnałów partyjnych. Platformy AI zwykle nie przyjmują reklam politycznych, więc sztaby nie mają tam bezpośredniego dostępu do wyborców.
Próbują więc działać okrężnie: wcześnie uruchamiają przejrzyste strony z sekcją pytań i odpowiedzi, dbają o obecność w mediach i powtarzają w nich swój przekaz. Według Grasmick branża jest dopiero na początku nauki, jak wpływać na odpowiedzi modeli. „To realne zjawisko, ale nikt jeszcze nie złamał tego kodu” – powiedziała.
