Video

Produkcja filmowa jako gra liczbowa – CEO Runway chce zalać Hollywood algorytmiczną treścią

Branża filmowa stoi u progu rewolucji, która może trwale zmienić sposób, w jaki definiujemy sukces w Hollywood. Cristóbal Valenzuela, współtwórca i dyrektor generalny giganta generatywnego wideo, firmy Runway, podczas niedawnej konferencji Semafor World Economy przedstawił strategię, która dla tradycjonalistów brzmi jak wyrok na kino autorskie. Jego zdaniem kluczem do przetrwania studiów filmowych nie jest dopieszczanie pojedynczych dzieł, lecz drastyczne zwiększenie częstotliwości premier przy wykorzystaniu sztucznej inteligencji.

Ekonomia skali zamiast artystycznego ryzyka

Logika Valenzueli jest bezlitosna w swojej prostocie. Proponuje on, aby budżet opiewający na 100 milionów dolarów, zazwyczaj rezerwowany na jedną wysokobudżetową produkcję, rozbić na 50 mniejszych projektów. Przy zachowaniu tej samej jakości wizualnej – co według niego umożliwiają już modele Runway – szanse na trafienie w gusta odbiorców rosną proporcjonalnie do liczby tytułów w katalogu. To podejście zmienia proces twórczy w czystą ekonometrię: im więcej treści wprowadzimy do obiegu, tym większe prawdopodobieństwo wygenerowania globalnego hitu.

Szef Runway diagnozuje obecny stan branży jako „kryzys kreatywności”, wynikający z paraliżujących kosztów produkcji i konserwatywnych mechanizmów finansowania. Porównuje przyszłość wideo do rynku książek, gdzie rocznie powstają miliony tytułów. Mimo że nikt nie jest w stanie ich wszystkich przeczytać, sama dostępność narzędzi do opowiadania historii ma, zdaniem Valenzueli, wzbogacać świat. Warto jednak zauważyć, że jego dane o 25 milionach nowych książek rocznie są mocno zawyżone względem oficjalnych statystyk UNESCO, co sugeruje, że w jego kalkulacje wliczany jest także szum informacyjny z platform samopublikacyjnych i treści generowane maszynowo.

Koniec ery rzemiosła?

Argumenty o demokratyzacji dostępu do technologii nie uśmierzają lęków środowisk twórczych. Wizja Hollywood jako fabryki treści „nastawionej na masę” uderza w fundamenty kina jako sztuki opartej na wizji konkretnego reżysera czy zespołu. Jednak dla księgowych w największych studiach argumenty Valenzueli stają się coraz bardziej kuszące. Przykłady widać już na horyzoncie: nadchodzący film „Bitcoin: Killing Satoshi” powstał przy budżecie 70 milionów dolarów, podczas gdy tradycyjne metody produkcji wymagałyby około 300 milionów.

Trend ten nie ogranicza się tylko do niezależnych eksperymentów. Giganci tacy jak Amazon, studia w Indiach, a nawet konserwatywne Sony Pictures, otwarcie deklarują wdrożenie AI w celu optymalizacji kosztów. Nawet James Cameron, znany z przesuwania barier technicznych, widzi w algorytmach szansę na utrzymanie wysokiej podaży blockbusterów. Według Valenzueli, AI przenika już każdy etap pracy: od pisania scenariuszy, przez prewizualizację, aż po najbardziej zaawansowane efekty specjalne.

Pytanie, które pozostaje otwarte, dotyczy jakości tej nowej fali produkcji. Choć technologia pozwala generować obrazy „szybciej i taniej”, krytycy słusznie punktują, że skalowanie ilości nie jest tożsame ze skalowaniem wartości artystycznej. Jeśli kino rzeczywiście stanie się grą liczb, możemy wkrótce utonąć w morzu poprawnych, lecz pozbawionych duszy produkcji, których jedynym celem jest statystyczne „trafienie” w algorytm widza.