Sam Altman przesłuchiwany, czyli dlaczego nowy dokument o AI zawodzi jako krytyka gigantów
W świecie technologii dostęp do takich postaci jak Sam Altman z OpenAI czy Demis Hassabis z Google DeepMind jest towarem deficytowym. Daniel Roher, reżyser nagrodzonego Oscarem „Nawalnego”, zdołał dokonać czegoś, co dla wielu twórców pozostaje w sferze marzeń – skłonił architektów cyfrowej rewolucji do zasiadania przed obiektywem. Jednak „The AI Doc: Or How I Became an Apocaloptimist”, który wchodzi do kin pod koniec marca, udowadnia, że samo zaproszenie przed kamerę to dopiero połowa sukcesu. Prawdziwym wyzwaniem okazuje się skłonienie ich do wyjścia poza wyuczone formułki PR-owe.
Między lękiem a fascynacją
Struktura filmu opiera się na bardzo osobistym fundamencie. Roher, spodziewający się pierwszego dziecka, zadaje fundamentalne pytanie: w jakim świecie przyjdzie dorastać jego synowi? Ta perspektywa nadaje produkcji emocjonalny ciężar, zwłaszcza gdy w kadrze pojawiają się głosy krytyczne, jak ten Tristana Harrisa z Center for Humane Technology. Harris nie przebiera w słowach, wspominając o ekspertach od ryzyka AI, którzy szczerze wątpią, czy ich dzieci dożyją wieku licealnego w świecie zdominowanym przez technologię zdolną zdemontować infrastrukturę społeczną i edukacyjną.
Wizualnie dokument zachwyca. Reżyser unika estetyki sterylnych serwerowni na rzecz ręcznych rysunków i animacji poklatkowych, co zapewne jest zasługą producenta Daniela Kwana (twórcy „Wszystko wszędzie naraz”). Ta ludzka, niemal rzemieślnicza oprawa ma stanowić przeciwwagę dla chłodnego, algorytmicznego determinizmu, o którym mowa w wywiadach.
Łaskawe traktowanie cyfrowych bogów
Merytoryczny problem pojawia się jednak tam, gdzie kończą się obawy, a zaczyna konfrontacja z decydentami. Kiedy Sam Altman na pytanie, dlaczego ktokolwiek miałby mu ufać w kwestii kierowania rozwojem tak potężnej technologii, odpowiada lakonicznie: „Nie powinien”, Roher odpuszcza. Widz zostaje z błyskotliwą, lecz pustą kontrą, która nie prowadzi do głębszej analizy odpowiedzialności. Podobnie skrupulatnie omijane są kwestie techniczne – nikt nie kwestionuje, dlaczego obecne, omylne modele językowe miałyby w ogóle doprowadzić nas do mitycznej ogólnej sztucznej inteligencji (AGI).
Występy CEO Anthropic czy DeepMind wpisują się w znany schemat: balansowanie między roztaczaniem wizji pokonania chorób i zmian klimatu a „poważną troską” o bezpieczeństwo. To retoryczna pułapka. Prezentując swoje produkty jako siły niemal nadprzyrodzone, porównywalne z energią jądrową, liderzy ci budują narrację, w której tylko oni są wystarczająco kompetentni, by nad tymi siłami panować. Dokument, choć diagnozuje problem koncentracji władzy w rękach nielicznej elity, ostatecznie wybiera bezpieczną ścieżkę „usłyszenia obu stron”.
Ciężar odpowiedzialności zepchnięty na widza
Paradoksalnie, choć Roher w mediach nazywa gospodarkę opartą na AI „piramidą finansową”, w samym filmie łagodzi ton. Zakończenie sugeruje, że to zwykli obywatele powinni wywierać presję na rządy i korporacje, by AI ewoluowała w bezpiecznym kierunku. Jest to wizja szlachetna, lecz mało konkretna, zwłaszcza w obliczu bezlitosnych praw rynkowego wyścigu zbrojeń, które film wcześniej sam trafnie punktuje.
„The AI Doc” ostatecznie grzęźnie w optymizmie wymuszonym przez rodzicielskie obawy reżysera. Zamiast demaskatorskiej analizy, otrzymujemy obraz, w którym najpotężniejsi ludzie świata są przedstawiani jako pasażerowie tej samej rozpędzonej maszyny, co my wszyscy. To wygodna narracja dla Doliny Krzemowej – jeśli nikt nie ma pełnej kontroli, nikt nie ponosi winy. Widz opuszcza seans z poczuciem, że choć ciemność przed nami jest gęsta, to najważniejsze, byśmy „trzymali się za ręce”, co jest emocjonalnie satysfakcjonujące, ale merytorycznie niewystarczające.
