Kultura

„Sátántangó” kontra cyfrowa amnezja. Czego uczy nas siedmioipółgodzinny seans w dobie TikToka?

Współczesna kultura zdaje się cierpieć na chroniczny deficyt cierpliwości. Zewsząd docierają do nas alarmujące raporty o kryzysie uwagi – rodzice pozywają gigantów mediów społecznościowych za uzależniające pętle krótkich wideo, a wykładowcy filmoznawstwa narzekają, że studenci nie potrafią wysiedzieć na standardowym, dwugodzinnym wykładzie. W tym kontekście siedmioipółgodzinny seans „Sátántangó” Béli Tarra jawi się nie tyle jako wyzwanie estetyczne, co niemal religijny rytuał wytrwałości.

Przeciwko kulturze natychmiastowości

„Sátántangó”, magnum opus węgierskiego mistrza, który zmarł w styczniu tego roku, to dzieło o specyficznym ciężarze gatunkowym. Opowieść o upadku rolniczej kolektywy trwa 439 minut. Przy obecnym tempie konsumpcji treści, gdzie platformy streamingowe wymuszają na twórcach powtarzanie punktów fabuły dla widzów zerkających co chwilę w telefon, film Tarra staje w radykalnej opozycji. Nie próbuje on oszukiwać czasu ani go przyspieszać. Wręcz przeciwnie – zmusza nas do fizycznego odczuwania każdej minuty trwania.

Przeciętne hollywoodzkie ujęcie trwa kilka sekund. U Tarra średnia to około dwie i pół minuty, a całe blisko ośmiogodzinne widowisko składa się z zaledwie 171 ujęć. To tak zwane „slow cinema” w swojej najbardziej bezkompromisowej formie. Tutaj kamera nie tylko rejestruje obraz, ale celebruje trwanie: marsz przez błoto, rytualne przelewanie palinki czy deszcz uderzający o szyby. To kino, które wymaga od widza czegoś więcej niż tylko obecności – wymaga dyscypliny.

Wspólnota skupienia

Paradoksalnie, mimo „mózgowego gnicia”, o którym mówią współczesne memy, sale kinowe podczas pokazów Tarra pękają w szwach. Film at Lincoln Center w Nowym Jorku musiał dodawać kolejne seanse, bo bilety wyprzedały się w błyskawicznym tempie. Tyler Wilson, programator nowojorskiego ośrodka, dostrzega w tym optymistyczny trend. Ludzie wciąż posiadają zdolność do głębokiego skupienia, po prostu coraz rzadziej znajdują przestrzenie, które na to pozwalają.

Uczestnictwo w takim maratonie zmienia percepcję. Gdy pozbawi się widza możliwości zerkania na smartwatcha czy przewijania ekranu telefonu, zmysły ulegają wyostrzeniu. Nagle irytujący staje się szelest torebki z cukierkami, a najdrobniejszy szczegół na czarno-białym ekranie nabiera rangi objawienia. To zbiorowe doświadczenie ciszy i bezruchu staje się formą medytacji, w której „nicnierobienie” na ekranie staje się najważniejszym wydarzeniem dnia.

Więcej niż kinofilska odznaka

Krytycy i widzowie często spierają się, czy oglądanie tak ekstremalnie długich filmów to tylko próba podbudowania własnego ego, czy realne przeżycie artystyczne. Choć dla kogoś z zewnątrz siedzenie w ciemności przez niemal osiem godzin nad historią węgierskich chłopów może brzmieć jak parodia wyrafinowanego intelektualizmu, dla uczestników seansu jest to doświadczenie transformujące.

W dobie cyfrowego przebodźcowania „Sátántangó” oferuje coś unikalnego: luksus zatrzymania się. To nie jest film, który się ogląda – to film, w którym się przebywa. Reakcja publiczności pokazuje, że mamy dość bycia karmionymi treściami pokrojonymi na sekundy. Istnieje głęboka, ludzka potrzeba obcowania z czymś, co stawia opór i wymaga wysiłku. I być może właśnie w tej potrzebie leży nadzieja na uratowanie naszej zbiorowej zdolności do myślenia i odczuwania w sposób, który wykracza poza ramy jednego tweeta czy krótkiego nagrania.