Kruszenie fundamentów uwagi: Chris Hayes o tym, dlaczego technologia i polityka zjadają własny ogon
Chris Hayes, jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy amerykańskiej publicystyki, od lat zajmuje się handlem specyficznym towarem: ludzką uwagą. W swojej najnowszej książce oraz w rozmowie z redakcją WIRED stawia jednak diagnozę, która powinna zaniepokoić każdego użytkownika sieci. Uwaga, niegdyś zasób odnawialny, stała się dziś towarem deficytowym, podlegającym brutalnej komodyfikacji, podobnie jak praca fizyczna u progu rewolucji przemysłowej.
Polityka jako kontent w pionowym formacie
Obserwując współczesną scenę polityczną, trudno nie odnieść wrażenia, że granica między sprawowaniem władzy a produkcją treści ostatecznie się zatarła. Hayes wskazuje na Donalda Trumpa jako postać posiadającą „dziki, patologiczny geniusz” do zawłaszczania przestrzeni informacyjnej. Każde działanie administracji, od operacji na pełnym morza po nominacje urzędnicze, jest projektowane tak, by pasowało do estetyki filmów Toma Clancy’ego i dobrze wyglądało w mediach społecznościowych. To „imperializm jako kontent” — przemoc i polityka zagraniczna serwowane w formie krótkich, angażujących materiałów wideo, które mają za zadanie utrzymać widza w stanie permanentnego wzbudzenia.
Dla dziennikarzy to śmiertelna pułapka. Hayes podkreśla, że mediów nie stać na ignorowanie prezydenta dysponującego kodami nuklearnymi, ale wyzwaniem jest informowanie o nim na własnych, a nie jego warunkach. Kluczem jest unikanie „wojennego porno” – estetyzacji przemocy, która jedynie napędza algorytmiczną machinę, oraz skupienie się na realnych skutkach decyzji, które często giną w szumie wywołanym przez celowe prowokacje.
Sojusz gigantów i widmo AI
Najbardziej uderzającym zjawiskiem ostatnich lat jest jednak ewolucja relacji między Doliną Krzemową a Waszyngtonem. Hayes zauważa, że dawny, kontrkulturowy i utopijny duch technologii został zastąpiony przez twardy prawicowy zwrot elit technologicznych. Dzisiejsi magnaci nie są już buntownikami; to beneficjenci status quo, którzy zasiadają u boku najpotężniejszych polityków świata.
Ten sojusz jest szczególnie niebezpieczny w kontekście sztucznej inteligencji. Hayes, choć sam określa się mianem umiarkowanego sceptyka, ostrzega przed lekceważeniem AI jako kolejnej bańki spekulacyjnej. Problem nie leży w tym, czy technologia jest „mądra”, ale w jej potencjale do masowego zastępowania pracy ludzkiej – od młodszych prawników po programistów. Lewica, zdaniem Hayesa, zbyt często odrzuca te obawy jako propagandę korporacyjną, zamiast budować twarde mechanizmy ochrony pracowników i regulować rynek, zanim koszty społeczne staną się nieodwracalne.
W kleszczach algorytmicznego jednorękiego bandyty
Współczesny dziennikarz, nawet ten o misyjnym podejściu, musi grać w grę, której zasady ustalają algorytmy. Hayes przyznaje, że sam bierze udział w tym ekosystemie, publikując pionowe wideo o taryfach celnych czy głosowaniach w Kongresie. To bolesny paradoks: aby dotrzeć do masowego odbiorcy z rzetelną informacją, trzeba konkurować o jego czas z filmami o gotowaniu czy MrBeastem. Każda treść, niezależnie od jej wagi gatunkowej, trafia do tego samego „automatu do gier”, w którym sukces zależy od milisekundowych aukcji o gałki oczne użytkownika.
Hayes sugeruje jednak, że istnieją formy oporu. Może to być lokalny sprzeciw wobec budowy energochłonnych centrów danych, które podnoszą ceny prądu dla mieszkańców, lub domaganie się powrotu do technologii, które rzeczywiście służą komunikacji, a nie tylko jej symulowaniu. Jego postulat odzyskania „jakości landline’u” w rozmowach telefonicznych to coś więcej niż nostalgia — to tęsknota za intymnością i klarownością w świecie, który stał się nieznośnie głośny, a jednocześnie pusty w środku.
